niedziela, 3 czerwca 2012

B-TOON

Industrial/cyber-dodajcochcesz w rozumieniu subkultury to przede wszystkim muzyka elektroniczna. Pół biedy, jeśli artysta jest w miarę kumaty i potrafi kawałek zgrać nie popadając w przesadę. Niestety multum jest niespecjalnie udanych zespolików, które z jednej strony raczą nas muzyką godną pierwszej lepszej techno-mordowni, z drugiej niezbyt korzystny efekt starają się poprawić growlem lub inną formą zdartego wokalu, która w zamierzeniu ma nadawać muzyce odpowiedniego klimatu. Nawiasem mówiąc brzmi to zazwyczaj jak zarzynany prosiak skrzyżowany z pralką. Jednym słowem o dobry zespół jest ciężko. Zachowując minimum zdrowego rozsądku i choć odrobinę selekcjonując muzykę z miejsca większość początkujących twórców należałoby pożegnać.

Drugą stroną medalu jest industrial rock czy metal. Tutaj nie jest niestety lepiej; kilka naprawdę świetnych zespołów znanych na cały świat, kilka kojarzonych raczej przez osoby "z klimatu" i całe, niezmierzone i nieskończone morze miernoty.

Polska scena na tle tego wszystkiego nie wypada na szczęście najgorzej. Niemniej ten typ muzyki wciąż nie jest u nas wybitnie popularny, dlatego dość ciężko o oryginalny, wpadający w ucho kawałek. Chociaż rodzimym twórcom udaje się zazwyczaj uniknąć pułapki nieskończonych powtórek, to jednak wciąż jest tego wszystkiego bardzo mało.

Skacząc po różnych dziwnych plikach w sieci dokopałem się jednak do zespołu, który wyraźnie ma pomysł na to, co chce grać. Co więcej; zespół, który przy odrobinie szczęścia ma okazję się wybić i ustanawiać trendy... Panie i panowie, przedstawiam Wam Wrocławską formację B-TOON, grającą muzykę, którą sami muzycy określają, jako... postapokaliptyczne country.


Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z zespołem, miałem bardzo mieszane uczucia. Country zasadniczo nie kojarzy mi się najlepiej. Spodziewałem się raczej skocznej, wiejskiej muzyczki próbującej tekstem nadrobić to, czego nie zdołała osiągnąć muzyka.

Twórczość B-TOON jest jednak inna. Powolna, ciężka, leniwa przede wszystkim zaś, choć nie trawię tego określenia, niesamowicie mroczna. Pierwsze skojarzenie, jakie nasunęło mi się w trakcie słuchania EP-ki Wasteland to Black Label Society, niemniej muzyka tych dwóch artystów jest podobna tylko na pierwszy rzut oka. Słuchając gitary aż cisnął się na usta cytat z pewnego anime; "Ten człowiek gra, jakby wiedział, że gdzieś na świecie jest produkowana bomba atomowa". Cóż, w przypadku B-TOON ta bomba nie tylko została wyprodukowana, ale zdążono już ją zdetonować.


Całość ciężko jednoznacznie zdefiniować. Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że projekt jest zupełnie inny od wszystkiego, czego do tej pory słuchałem. Dowód na to, że da się stworzyć jeszcze coś świeżego, oryginalnego i klimatycznego. Muzyka zgrabnie łączy elementy bardzo ciężkie z odrobiną nienarzucającej się elektroniki, zazwyczaj niemożliwej niemal do zauważenia. Wokal nie jest agresywny, po prostu płynie, ale jednocześnie daleko mu do smętnego zawodzenia. Z całą pewnością jest nad czym zawiesić ucho. Ostatecznie Polak potrafi.

Dużym plusem jest też fakt, że cała twórczość B-TOON jest dostępna za darmo na ich stronie. Osobiście polecam i zapraszam TUTAJ. Dla bardziej leniwych na zakończenie jeden z kawałków;






poniedziałek, 7 maja 2012

Otwarty znaczy zły?

Miała być dzisiaj recenzja pewnego zespołu, który niedawno odkopałem, ale wciąż czekam na odpowiedź na maila. Tak więc przerwy nie będzie, dalej w branży IT dłubiemy... Mam nadzieję, że już niedługo, bo sam też zmiany tematyki potrzebuję :)

Części z Was zapewne termin Open Source jest znany. Większość kojarzy go z darmowymi wersjami płatnych programów, ale nie jest to do końca prawda. Żeby program był Open Source, musi spełniać następujące warunki (ŹRÓDŁO);

  1. Swobodna redystrybucja: oprogramowanie może być swobodnie przekazywane lub sprzedawane.
  2. Kod źródłowy: musi być dołączony lub dostępny do pobrania.
  3. Programy pochodne: musi być dozwolona redystrybucja modyfikacji.
  4. Integralność autorskiego kodu źródłowego: licencje mogą wymagać, aby modyfikacje były redystrybuowane jedynie jako patche.
  5. Niedyskryminowanie osób i grup: nikt nie może zostać wykluczony.
  6. Niedyskryminowanie obszarów zastosowań: nie wolno wykluczać komercyjnych zastosowań.
  7. Dystrybucja licencji: prawa dołączone do oprogramowania muszą się odnosić do wszystkich odbiorców programu, bez konieczności wykonywania przez nich dodatkowej licencji.
  8. Licencja nie może być specyficzna dla produktu: program nie może być licencjonowany tylko jako część szerszej dystrybucji.
  9. Licencja nie może ograniczać innego oprogramowania: licencja nie może wymagać, aby inne dystrybuowane z pakietem oprogramowanie było typu Open Source.
  10. Licencja musi być technicznie neutralna: nie może pociągać za sobą zastrzeżeń dotyczących konkretnego rozwiązania technologicznego, stylu lub interfejsu.

Jak więc widać powyżej Otwarte Oprogramowanie niekoniecznie musi być darmowe. Zazwyczaj jednak tak jest, Open Source dość mocno łączy się z inną doktryną Wolnego Oprogramowania. Wolne, czyli (ŹRÓDŁO);
  • wolność uruchamiania programu, w dowolnym celu (wolność 0)
  • wolność analizowania, jak program działa, i dostosowywania go do swoich potrzeb (wolność 1)
  • wolność rozpowszechniania kopii, byście mogli pomóc sąsiadom (wolność 2)
  • wolność udoskonalania programu i publicznego rozpowszechniania własnych ulepszeń, dzięki czemu może z nich skorzystać cała społeczność (wolność 3)

Cacy. Teraz może wyjaśnię o co w tym wszystkim chodzi. Jak w każdej bajce; na początku całe oprogramowanie było wolne. Programiści dzielili się kodami źródłowymi i nikt specjalnie nie przejmował się prawami własności. Potem jednak pojawił się Microsoft i gdzieś na początku lat 80-tych oprogramowanie zaczęło być zamknięte i tajne. W reakcji na to 27 września 1983 roku pan Richard Stallman ogłosił rozpoczęcie prac nad pierwszym całkowicie wolnym systemem operacyjnym; GNU. Związana jest z tym licencja GNU GPL. Dzięki tej licencji mamy między innymi Firefoxa, Linuxa (którego dalecy krewni to produkty Apple), GIMP'a i multum innych programów.

Nie podobało się to jednak Billowi Gatesowi. Cytując jego wypowiedź;
"Kto może pozwolić sobie na wykonanie profesjonalnej pracy za darmo? Jaki hobbysta może poświęcić trzy lata robocze na programowanie, odnajdowanie wszystkich błędów [Zdecydowanie wszystkie znalezione! Nawet ponumerowane! - przyp. Sivar], pisanie dokumentacji i rozpowszechnianie swojego produktu za darmo? Prawda jest taka, że nikt poza nami nie zainwestowałby tyle pieniędzy w oprogramowanie hobbystyczne. Napisaliśmy BASIC 6800, piszemy APL 8080 i APL 6800, ale nic nie zachęca nas do tego, by udostępnić je dla hobbystów. Szczerze mówiąc, to, co robicie, to kradzież."

I tak właśnie udostępnianie własnego programu stało się kradzieżą. Oczywiście to wszystko działo się lata temu i nie ma teraz większego znaczenia. Wolne Oprogramowanie oraz programy Open Source zdobywają coraz więcej zwolenników, wytyczają trendy i powoli przejmują pałeczkę.

Tyle tylko, że... Pamiętacie RIAA? Wspominałem o niej w ostatniej wypowiedzi, a'propos dysproporcji między wydatkami organizacji antypirackich, a zyskami, jakie przynoszą przemysłowi muzycznemu. Otóż RIAA ma nowy, ciekawy pomysł.

Właściwie za koncepcją lobbuje IIPA (International Intellectual Property Alliance), która zrzesza między innymi RIAA oraz MPAA. Chodzi z grubsza o to, że oprogramowanie otwarte i wolne ma zostać zdelegalizowane i uznane za piractwo. Argumentem za taką decyzją jest stwierdzenie, że tego typu licencje zmniejszają konkurencyjność tego na licencjach komercyjnych i z tego właśnie powodu "łamią szeroko pojętą własność intelektualną".

Co więcej, lobbyści żądają wpisania państw wykorzystujących technologię Open Source na listę tzw. "Special 301" zawierającą kraje zagrażające gospodarce Stanów Zjednoczonych, obejmowane różnego rodzaju sankcjami. Co ciekawe, w ten sposób na listę dostałyby się nie tylko Indonezja czy Brazylia, ale również... kraje Unii Europejskiej.

Oczywiście cały ten projekt jest skrajnie absurdalny i raczej - miejmy nadzieję - nie ma szans się przebić. Już abstrahując od faktu, że w ten sposób pisząc program i udostępniając jego źródło stałbym się automatycznie piratem komputerowym. Jak warto zauważyć, wolne i otwarte oprogramowanie było pierwsze. Zanim Microsoft stworzył swojego Windowsa od wielu lat na MIT tworzono i posługiwano się systemem Unix, który w prostej linii jest "tatą" Linuxa. Jeśli ktoś tu wpłynął na czyjąś konkurencję, to w drugą stronę. Proponuję zatem uznać wszystkich twórców oprogramowania zamkniętego piratami!

sobota, 5 maja 2012

Zbrodnia współdzielenia.

Współdzielenie plików, potocznie określane mianem piractwa, to jedna z największych zmor wielkich korporacji. Z jakiegoś powodu olbrzymie, międzynarodowe firmy obracające każdego dnia miliardami tak bardzo boją się tego, że posłuchasz piosenki nie kupiwszy jej najpierw, że skłonne są wtopić bajońskie sumy by wytropić i wyśledzić każdy przejaw nieautoryzowanej wymiany danych. Dlaczego?

Zacznijmy może od podstaw. Kradzież jest zła. Podpisuję się pod tym w 100%. Również kradzież dóbr intelektualnych jest godna potępienia i powinna być karana.
Niemniej zgodnie z polskim prawem (art. 278) kradzież dobra intelektualnego ma miejsce wtedy, gdy pliki są pobierane w celu uzyskania korzyści majątkowej. Istnieje jeszcze coś takiego jak "utracona sprzedaż", niemniej jest to moim zdaniem termin bardzo nieprecyzyjny i mglisty.

Warto przytoczyć tutaj słowa Markusa Perssona, szerzej znanego jako Notch'a, twórcę wielokrotnie nagradzanej gry Minecraft i właściciela firmy Mojang AB;
"Piractwo to nie kradzież. Jeśli ukradniesz samochód, oryginał jest stracony. Jeśli skopiujesz grę, jest ich po prostu więcej na świecie. Nie ma czegoś takiego jak stracona sprzedaż. Czy negatywna recenzja oznacza to samo? A co z przesuniętą datą premiery?"

Bardzo zastanawiającą rzeczą jest fakt, iż pobieranie plików w żaden sposób nie zaszkodziło sprzedaży gry. Mimo bezpośrednich zachęt ze strony twórców do "kradzieży" ich dzieła program zbliża się do granicy 6  milionów sprzedanych egzemplarzy, bijąc kolejne rekordy popularności! Można zaryzykować stwierdzenie, że bez piractwa prawdopodobnie gra nigdy nie odniosłaby aż tak dużego sukcesu.

Również mimo nielegalnego pobierania filmów sprzedaż biletów nie maleje - co więcej rok 2011 był wręcz rekordowy pod tym względem. Podobnych przykładów można mnożyć...

Skoro najwyraźniej piractwo nie ma specjalnie negatywnego wpływu na sprzedaż, a wręcz czasem może ją napędzać, domniemane straty ponoszone przez korporacje stają się jeśli nie wątpliwe, to przynajmniej znacznie przerysowane. Natomiast straty ponoszone w imię walki z piractwem są pewne. Sama RIAA (Recording Industry Association of America; jedna z organizacji reprezentujących przemysł muzyczny) w ciągu trzech lat (2006-2008) wydała na same kancelarie prawnicze 64 miliony dolarów, dzięki czemu przemysł muzyczny odzyskał... 1,3 miliona.

Tak czy owak, jak wspomniałem wcześniej, kradzież wciąż pozostaje kradzieżą. Jeśli wezmę czyjąś piosenkę, podpiszę się pod nią i zacznę sprzedawać - będzie to kradzież. Jeśli wydam na własny rachunek grę znanego producenta i pójdę na bazar - również będzie to kradzież.

Współdzielenie plików to jednak przede wszystkim możliwość rozwoju kulturalnego. O ile filmów mniej obejrzałbym, gdyby nie piractwo? O ile mniej piosenek przesłuchałbym? Tak naprawdę ściąganie plików na własny użytek jest tym samym, co wypożyczenie filmu z wypożyczalni czy książki z biblioteki. JEDYNA różnica polega na nośniku - zamiast fizycznego jest cyfrowy. Ot, cała filozofia.

Fanatyczna i w gruncie rzeczy bezcelowa walka z piractwem jest objawem konfliktu interesów. Jak zawsze, kiedy stare musi ustąpić miejsca nowemu, leje się krew. Bezpośredni i stały dostęp do niemal całego dorobku cywilizacyjnego zmienia nasz sposób rozumowania. Przede wszystkim stymuluje do rozwoju i zmniejsza cenę - umożliwia ominięcie pośredników. Nie jest to proces nowy. Hollywood w ten właśnie sposób budowało swoją potęgę - omijając opłaty patentowe za wykorzystanie technologii filmowych. Patenty należały do MPCC (Motion Picture Patents Company), tak więc alternatywny przemysł filmowy skupił się możliwie daleko od siedziby firmy uniemożliwiając w praktyce pobieranie opłat patentowych. Ogromny sukces Hollywood powinien być wystarczającym dowodem na stymulujący wpływ piractwa (co warto zaznaczyć; w tym wypadku zdecydowanie była to kradzież).

Niemniej to jest właśnie sedno sprawy. Na dobrą sprawę problem piractwa można by pewnie załagodzić wprowadzając nowe rozwiązania (przykładem może być choćby wykreowane przez Apple iTunes). Przystosować się mogą jednak nieliczni, a większość gigantów nie jest skora do zmian, skoro na obecnym systemie pasie się już tak długo. Postępująca digitalizacja kultury prędzej czy później doprowadzi do śmierci wydawnictw. Zakupy online bezpośrednio u artysty będą znacznie tańsze; jak nie patrzeć wydawnictwa pochłaniają obecnie około 80% zysków ze sprzedaży. Ponadto samym twórcom coraz częściej wygodniej, taniej i skuteczniej jest promować się w sieci.

Zachowanie obecnego stanu rzeczy jest na rękę również rządom - w imię walki z piractwem mogą usprawiedliwiać działania w innych okolicznościach budzące zdecydowany sprzeciw opinii publicznej. Nie zawsze uchodzi im to na sucho oczywiście (patrz ACTA), ale niejednokrotnie dyskusja publiczna umiera wobec argumentu "Chronicie złodziei!". Przykładem może być podatek od możliwości piractwa wliczony w cenę dóbr takich jak twarde dyski, aparaty cyfrowe, drukarki, papier, płyty... Swoją drogą skoro wszyscy płacimy ów podatek (nawet, jeśli na płytę zamierzamy nagrać swoje zdjęcia z wakacji!), to dlaczego wciąż mamy być za piractwo karani?

Podsumowując; istna III Wojna Światowa wytoczona przeciw piratom jest nie tyle próbą dochodzenia sprawiedliwości, co zwyczajnym skutkiem przekształcenia paradygmatu. Te nowości, które wiążą się z utratą przywilejów, są sukcesywnie negowane. Nie oszukujmy się jednak; każda akcja powoduje reakcję, a zmiany są nieuniknione. Pytanie nie brzmi czy? tylko kiedy?

piątek, 4 maja 2012

Co z tym ACTA? [1]

Było sobie ACTA. Jeśli nazwa nic Ci nie mówi; gratuluję, prawdopodobnie jesteś pierwszym człowiekiem na Ziemi, który przeżył długotrwałą hibernację.

W skrócie; było sobie takie porozumienie, nad którym prace rozpoczęto już w 2007 roku. Nikt jednak o tym zbytnio nie mówił, bo wszelkie negocjacje były tak tajne, że o większości spotkań nawet nie informowano. Kilka portali próbowało nagłośnić sprawę, ale żadne "poważne" media nie zainteresowały się sprawą; było multum innych newsów, nikomu nie przyszło do głowy, że na tym też można nabić oglądalność.

Konkretniejsze strzępy informacji zaczęły przeciekać dopiero w 2010-2011 roku, natomiast boom na ACTA pojawił się dopiero gdzieś na początku 2012 roku przy niemałym udziale serwisów społecznościowych. Popularne zrobiły się protesty, na które rząd reagował raczej niemrawo, nieprzyzwyczajony do obywateli, którym o coś chodzi. Niestety, było już nieco zbyt późno i ACTA Polska podpisała 26 stycznia 2012 roku w Japonii.

Spora część protestów miała znamiona owczego pędu. Pojawiały się hasła takie jak "[KOMENTARZ USUNIĘTY PRZEZ ACTA]", czy obrazki przedstawiające funkcjonariuszy w mundurach z napisem "ACTA" łapiących niewinnych obywateli. Wszystko to definitywnie dowodziło kompletnego braku zrozumienia tego czym ACTA właściwie jest. Jedną z ciekawszych idei, promowaną przy okazji zbierania podpisów pod wezwaniem do referendum, było żądanie bojkotu płatności za internet w imię walki z tym porozumieniem. Niemniej nawet jeśli większość protestujących niespecjalnie ogarniała co się właściwie dzieje, samo zagrożenie było (i jest!) jak najbardziej realne, zaś demonstracje były bezprecedensowe w naszym społeczeństwie.

Ale, ludzie poprotestowali, media przestały bić pianę wokół tematu... I sprawa ucichła. Nie oznacza to jednak, że temat został zamknięty.

Dyskusja na temat ACTA wzniosła się na wyższy szczebel - do Parlamentu Europejskiego. Europosłowie są najwyraźniej nieco bardziej rozgarnięci, niż nasi rodzinni politycy. Stronnictwa lewicowe i centrowe są zdecydowanie przeciw ACTA. Nawet najbardziej restrykcyjne chrześcijańsko-konserwatywne, prawicowe ugrupowania zazwyczaj popierające wszystkie przepisy zwiększające kontrolę nad obywatelami nie chcą przyjąć porozumienia w obecnej formie. Wzywają natomiast do dalszej dyskusji i "naprawienia" ACTA.

Pomysł nie jest nowy. Przewijał się chociażby w Polsce, ale też w kilku innych państwach. Z grubsza chodzi o to, żeby ACTA przyjąć, ale zapewnić sobie odpowiadającą nam możliwość interpretacji przepisów.

Niestety, szanse na powodzenie takiego podejścia są dość nikłe. Przede wszystkim dokumenty z negocjacji ACTA wciąż są niejawne. Tak więc de facto nie wiemy w oparciu o co zapisy ACTA miałyby być interpretowane. Poza tym same negocjacje odbywały się za zamkniętymi drzwiami i w bardzo wąskim gronie nie bez powodu. Chodziło o to, by zbyt wiele osób nie wtrącało się z nieodpowiednimi pomysłami w treść porozumienia. Wiara w to, że można "oszukać" system przyjmując niekorzystną umowę i odwracając później kota ogonem wydaje mi się nieco dziecinna.

Obawiam się jednak, iż próba naprawy ACTA odbije się na jednorodności świata cyberprzestrzeni. Już przy ostatnich protestach dało się zauważyć ludzi nie widzących w ustawie żadnego problemu i przekonanych, że im właśnie ukazała się prawda objawiona; są jedynymi mędrcami w świecie głupców. Jeśli zostaną wprowadzone jakieś zmiany, pojawią się kolejne podziały; jedni uznają to za zwycięstwo, inni będą nawoływać do dalszej walki, inni z kolei zasiądą do dyskusji nad kolejnymi zmianami.

W efekcie uzyskamy zszytego z byle czego Frankensteina - nie wiadomo, jakiego bałaganu zombiak ów może narobić.

Osobną kwestią jest sama sprawa piractwa i kradzieży własności intelektualnej... Niemniej wydaje mi się, iż ta sprawa zasługuje na osobną wypowiedź.

Do jakiego wniosku dojdą europosłowie? Chociaż większość partii jest przeciw, to jednak ostatecznie liczyć się będą głosy pojedynczych deputowanych. Nic nie jest więc przesądzone. Miejmy nadzieję, że to monstrum zostanie potraktowane jak na monstrum przystało; potężny cios belką i zakopać w lesie.

Jak sądzę; ciąg dalszy nastąpi.

niedziela, 29 kwietnia 2012

Proroctwo.

Nie, nie, ja na proroka nie aspiruję. Chociaż...

Tak przy okazji innych tematów warto zadać sobie pytanie; czy prezentowana wizja przyszłości ma rację bytu? Filmy, książki, komiksy... To wszystko bardzo ciekawe, oryginalne (no OK, może czasem mniej, ale nie w tym rzecz), ale czy tak może być? Przecież to fikcja. Wymysł autorów, którzy wszak nie mają podstaw by wiedzieć, co będzie za lat 50 czy 100.

Ale przejdźcie się po ulicy. Albo spotkajcie ze znajomymi. Cokolwiek. Zapytajcie, czego właściwie oczekują po przyszłości; tej średnioodległej. Co ciekawe z jednej strony większość z nas widzi przyszłość własną dość kolorowo i wesoło; ot dobre studia/szkoła, ciekawa praca, kochająca rodzina i wakacje na Majorce. Co prawda nasza narodowa mentalność sprawia, że zapytani będziemy marudzić, że po studiach nie ma pracy, młodzi ludzie muszą wyjeżdżać... Ale gdzieś w środku drzemie głęboko zakorzeniona wiara, że przecież będzie dobrze.

Z drugiej strony natomiast przyszłość tą ogólnoświatową postrzegamy raczej negatywnie. Bo przecież będą kolejne ataki terrorystyczne, prawda? W kraju będzie coraz gorzej, czyż nie? Kryzys ekonomiczny tak łatwo się nie skończy. Europejska gospodarka padnie pod naporem chińskiej tandety, USA rozsypie się ostatecznie, rząd będzie coraz bardziej ograniczał prawa i wyzyskiwał obywateli, wielkie firmy będą miały coraz większą władzę. Dla tych bardziej skrajnych; Rosjanie na pewno nas podbiją, polskość upadnie, bla, bla, bla...

Skąd bierze się takie rozbicie? To, dlaczego wierzymy, że dla nas wszystko się ułoży, jest dość oczywiste - bez myślenia życzeniowego, typowego dla ludzkiej psychiki, nie bylibyśmy w stanie funkcjonować. Musimy wierzyć, nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi, że cały wszechświat został zbudowany właśnie w taki sposób, by nam nic specjalnie złego się nie stało.

Wiara w czarną i mroczną przyszłość jest z kolei wynikiem doświadczeń i kultury. Z jednej strony faktycznie, jest coraz gorzej. Każdy system musi prędzej czy później paść, a te 1 500 mniej więcej lat naszej cywilizacji to wystarczająco długo. Coraz więcej zjawisk ekonomicznych i społecznych zapowiada coraz większe problemy. W filmach czy książkach z kolei świat przedstawiony musi być interesujący. W różowej, wesołej przyszłości, gdzie wszyscy są szczęśliwi i nie mają problemów nie byłoby właściwie o czym opowiadać. Dlatego też biedne maszyny muszą po raz tysięczny przejmować władzę nad światem, a wielkie korporacje muszą spiskować w tajnych laboratoriach nawet jeśli przodują w produkcji papieru toaletowego. Jest to coś zakorzenionego w naszym umyśle równie głęboko, co lęk przed ciemnością czy skłonność do ucieczki na widok wielkiego, zębatego, głodnego zwierza. Już w 1949 roku Orwell wydawał swój "Rok 1984". Ba, jak się chwilę zastanowić, to biblijna Apokalipsa św. Jana nie jest niczym więcej jak kolejną wizją złej przyszłości, w której ludzkości przyszło odpokutować za swoje grzechy. Podejrzewam, że tego typu historie towarzyszą człowiekowi od zawsze.

Więc gdzie tkwi haczyk? W psychologii i socjologii istnieje takie pojęcie, jak samospełniające się proroctwo. Polega to na tym, że dana osoba lub społeczność spodziewając się jakiegoś działania będzie podświadomie zachowywać się w taki sposób, by proroctwo się wypełniło.

Przykładowo; nauczyciel wierząc, że jakieś dzieci w klasie są mądrzejsze, będzie dawał im bardziej wymagające zadania i mniej będzie im pomagał, skupiając się na dzieciach w jego opinii mniej inteligentnych. W rezultacie te inteligentniejsze dzieci postawione pod murem faktycznie staną się bystrzejsze - nie będą miały wyboru.

Analogicznie; jeśli wszyscy wierzymy, że politycy to złodzieje i kłamcy, automatycznie najczęściej kandydować na stanowiska publiczne będą właśnie tacy ludzie, my z kolei będziemy głosować na tych, którzy pasują nam do wysokiego stanowiska - czyli na złodziei i kłamców.

Takich przykładów można mnożyć. Oczywiście nic nie jest tak proste. Na każde wydarzenie składają się dziesiątki różnych czynników i nie można tak po prostu wskazać palcem na jedną zmienną krzycząc; "To właśnie o to chodzi! Zmieńmy to, a świat będzie piękny!". Mimo wszystko samospełniające się proroctwo jest zjawiskiem, którego wpływu na naszą rzeczywistość nie można zignorować.

Warto zauważyć, że im bardziej nasza kultura na nas oddziałuje, tym silniejszy jest ten efekt. Przede wszystkim teraz mamy bezpośredni dostęp do niemalże całego dorobku artystycznego ludzkości. Możemy ściągnąć dowolny film czy książkę, przesłuchać dowolnej płyty. Ba, ile razy słuchaliśmy utworu na YouTube czy gdziekolwiek indziej, który nie tylko pochodził z dolnego Zimbabwe, ale jeszcze nigdy nie został wydany na jakimkolwiek trwałym nośniku przez jakiekolwiek wydawnictwo!

W efekcie wiara w to, że będzie coraz gorzej jest nie tylko coraz silniejsza, ale coraz bardziej sprecyzowana. Jeśli 90% globalnego społeczeństwa wierzy w mniej więcej tą samą wizję przyszłości, czy może się ona nie spełnić?

sobota, 28 kwietnia 2012

Kanon.

Ja wiem, że wtórnie. Chyba każdy, kto chociaż troszeczkę interesuje się tego typu tematyką z tytułem Ghost in the Shell spotkać się musiał. Z drugiej strony; od czego zacząć, jeśli nie od kanonu?

Pierwowzorem serii była manga autorstwa Masamune Shirow. Pierwsza publikacja, która ukazała się w 1989 roku okazała się początkiem dzieła, które praktycznie zdefiniowało cyberpunk. Abstrahując już nawet od kolejnych części, seriali czy filmów Ghost in the Shell inspirowali się twórcy między innymi Matrixa czy Pi.

Co więc składa się na uniwersum GitS?
Podstawą są mangi; Ghost in the Shell (1991), Ghost in the Shell 2: Manmachine Interface (2002), Ghost in the Shell 1.5: Human-Error Processor (2003).
Pierwszą adaptacją komiksu był film w reżyserii Mamoru Oshii; Ghost in the Shell (1995).

O filmach przypomniano sobie przy okazji początku nowego tysiąclecia i kolejnych części mangi. W 2004 roku nakręcono Ghost in the Shell 2: Innocence, w 2006 Ghost in the Shell: Solid State Society, w 2007 wydano Ghost in the Shell: Laughing oraz Ghost in the Shell: Individual Eleven (będące filmowym streszczeniem seriali). Na sam koniec w 2008 roku wydano Ghost in the Shell 2.0, będący odnowioną wersją pierwszej części filmu.

Całość uzupełniają seriale. Ghost in the Shell: Stand Alone Complex (2002) oraz Ghost in the Shell: Stand Alone Complex 2nd GIG (2004).



Poziom produkcji jest bardzo różny. Z góry zaznaczam, iż nie miałem okazji czytać mangi, więc jej oceniać nie będę. Większość filmów oraz oba seriale są z kolei całkiem przyjemnym, furutystycznym kinem akcji, pozbawionym jednak głębszych przemyśleń (lub, jak w przypadku Solid State Society, wciśniętych na siłę i nieco bełkotliwych). Osobom uczulonym na japońską specyfikę zdecydowanie odradzam szczególnie seriale - brak tu może super mocy i ciosów niszczących kilka ścian na raz, niemniej pewne elementy kłują w oczy. Najbardziej rażące są chyba Tachikomy, czyli inteligentne, anatomiczne czołgi przypominające wielkie pająki, mówiące zdziecinniałymi, piskliwymi głosikami i zachowujące się jak coś pomiędzy rozpieszczonym trzylatkiem a ulubionym pupilkiem rodziny. Jeśli jednak lubisz anime, serię można obejrzeć jako uzupełnienie, powiedzmy, "dzieła właściwego".

Dzieło właściwe to z kolei dwa filmy; Ghost in the Shell oraz Ghost in the Shell 2: Innocence. Nie będę zagłębiał się w szczegóły fabuły czy recenzował grafiki; jest tego w sieci sporo, ponadto zdecydowanie polecam wyrobienie sobie własnej opinii. Zamiast tego postaram się chociaż symbolicznie naszkicować problematykę, jaką anime porusza.



[UWAGA! Ponieważ nie da się właściwie analizować dzieła nie odnosząc się do jego treści, dalszą część lektury polecam dopiero po seansie. Zawiera spoilery.]

Zasadniczo oba filmy oscylują wokół relacji człowieka z zaawansowaną technologią, niemniej robią to na inny sposób.

Pierwszy film uderza przede wszystkim w naszą osobowość; samoświadomość, jaźń, duszę. Z jednej strony mamy główną bohaterkę, której zarówno ciało jak i wspomnienia należą do państwa. Ona jako ona to jedynie tytułowa dusza (ghost = duch = dusza), w której istnienie jednak sama powątpiewa. Pada tu zatem jedno bardzo istotne pytanie; czym jest właściwie moje "ja"? Jak wyjaśnić to inaczej niż po prostu; ja to ja? Czy ja w innym ciele to wciąż będę ja? Czy ja bez wspomnień to wciąż będę ja?

Wspólnie z major Kusanagi wędrujemy krętym labiryntem do samego rdzenia ludzkiego ego, po drodze mierząc się z przeciwnikiem z drugiej strony barykady; umysłem bez ciała, programem, który wyewoluował w duszę. Co prawda żadna odpowiedź nie pada, ale można przypuszczać, że podsumowaniem tego wszystkiego jest; nie ma żadnego ja. Umysł, świadomość, jest jedynie zbiorem różnych zmiennych. Zależnie od okoliczności które nas kształtują, zmienić się może cała osobowość... Jednym słowem nie ma w nas niczego stałego, niezmiennego. Dusza nie istnieje.

To chyba największy z lęków człowieka, ostateczny powód sukcesu wszelkich religii. Chcę być, nie tylko egzystować. Jeśli ludzką mentalność przy użyciu odpowiednich środków można w dowolny sposób zmienić (jak na przykład wszczepiając wspomnienia), to musi nasunąć się stwierdzenie; człowiek jako samoświadoma jednostka tak naprawdę nie istnieje, nie różni się niczym od programu modyfikowanego w dowolny sposób czy od tresowanego zwierzęcia.

Film drugi analizuje bardziej nasze ciało. Jeśli umysł w cybermózgu może dowolnie się przemieszczać, to czym właściwie jest nasze ciało? Maszyną? Lalką? Skorupą? Gdzie jest granica za którą człowiek przestaje być człowiekiem? Już dzisiaj ingerujemy w biologiczne możliwości naszych organizmów - wzmacniamy uszkodzone stawy czy montujemy rozruszniki serca. Idąc dalej - jeśli byłaby możliwa wymiana wadliwego organu na zupełnie nowy, mechaniczny, to czy to sprawi, że przestaniemy być ludźmi? Jeśli nie, to może wtedy, gdy całe ciało zmienimy na mechanizm? A jeśli ów mechanizm przestanie mieć fizyczną formę człowieka, będzie na przykład stacją kosmiczną czy samochodem? Więc czym wtedy będziemy?

Zamykając koło; skoro ciało jest zmienne i nie definiuje nas jako ludzi, zaś umysł jest jedynie wypadkową wielu różnych czynników, to czym my właściwie jesteśmy? Zmarszczką na tafli wody? Losowym fraktalem szronu na oknie? Czy nawet nie tym, a chaotyczną, bezładną mieszaniną płynów ustrojowych, hormonów i doświadczeń?

W takiej sytuacji pierwszy lepszy samouczący się algorytm jest tym samym, czym jesteśmy my.



piątek, 27 kwietnia 2012

LogIn.

Długo zastanawiałem się nad nazwą. Głównie dlatego, że wszystkie, na które miałem pomysł były zajęte... Cóż, coraz ciężej znaleźć nośny tytuł, na który nikt jeszcze nie wpadł.

Przedrostka "cyber-" nie muszę chyba nikomu specjalnie przedstawiać. Jeśli ktoś ma problem z odpowiednią konotacją terminu, wystarczy rzucić parę słów; cyberprzestrzeń, cyberspołeczeństwo, cyberego.

Psychotyczność z kolei oznacza specyficzny typ osobowości. Jego cechy to między innymi agresja, chłód emocjonalny, egocentryzm, impulsywność, aspołeczność czy brak empatii.

No i pięknie. Teraz może jeszcze postaram się naświetlić, o co mi właściwie chodziło.

Ostatnim kamieniem milowym w rozwoju człowieka była rewolucja przemysłowa. De facto było ich kilka, ale ta najważniejsza to ta z wieku XIX i początku XX. Stosunkowo niedawno. W tym czasie stworzono silniki parowe i spalinowe, dynamit, telefon, nauczono się wykorzystywać na szeroką skalę elektryczność. Oczywiście pociągnęło to za sobą zmiany społeczne; powstały nowe okręgi przemysłowe, nazywane wtedy technopoliami, narodził się proletariat, zmiana mentalności pociągnęła za sobą narodziny kilku mniej czy bardziej trafionych ideologii. Powstał współczesny świat, jakim znamy go dzisiaj.

Coś podobnego zaczyna powoli dziać się i teraz. Dzisiaj to już nie rewolucja industrialna, ale jej potomkini; rewolucja cybernetyczna. Zmienia się nasz sposób myślenia, zmieniają się możliwości i priorytety. Internet przestaje być tylko bajerem, jakim był w swoich początkach, czy też kolejnym medium, jakim był do niedawna. Staje się alternatywną rzeczywistością, odrębnym światem. Silniejszym najwyraźniej, bo zaczyna powoli oddziaływać i wpływać na naszą rzeczywistość. Wystarczy spojrzeć na "Arabską Wiosnę Ludów" czy sławną niedawno akcję z ACTA.

To wszystko ma swoje odbicie w kulturze. Oczywiście nie tej masowej, popularnej. Tym, czemu warto się przyjrzeć, jest kontrkultura. Gatunki muzyczne takie jak dubstep, drum'n'bass, industrial, cybergotyk. Cyberpunkowe filmy, książki, komiksy... To wszystko jest wyrazem pewnych lęków i nadziei. Bo wszyscy czujemy gdzieś pod skórą, że nadchodzi nowe. Nowe, które zmieni wszystko w sposób dzisiaj zapewne niewyobrażalny. Obawy są uzasadnione; ostatnia wielka zmiana pochłonęła i wciąż pochłania życie milionów.

Przy tych wszystkich zmianach zmienia się również psychika jednostki. Musimy dostosować się do tego nowego świata. Im bardziej zmieniamy się jednak, by się dopasować, tym bardziej zmieniamy naszą rzeczywistość. Nowa rzeczywistość z kolei wymusza na nas kolejne zmiany... Ciężko w tej chwili przewidzieć, gdzie to wszystko się skończy.

Te zmiany nie pozostają jednak bez echa. Wielu z nas jest zagubionych, wielu nie nadąża. Stąd coraz powszechniejsze zaburzenia psychiczne; nerwice, neurozy, psychozy, paranoje, gdzieś po drodze uzależnienia od narkotyków, alkoholu, postępujący dekadentyzm i degradacja. Jakoś trzeba odreagować, a jeśli nie potrafisz odreagować, to i tak prędzej czy później przyjdzie Ci za to zapłacić. Ludzie, którzy czują, że coraz bardziej odstają, najczęściej leczą swoją frustrację jeśli nie używkami, to agresją, przemocą czy seksem. Gdzieś w tym całym mentalnym kotle kształtuje się psyche homo novum.

Na tyle, na ile to możliwe, postaram się wyszukiwać i analizować te coraz silniejsze zalążki Społeczeństwa 2.0.