Ja wiem, że wtórnie. Chyba każdy, kto chociaż troszeczkę interesuje się tego typu tematyką z tytułem Ghost in the Shell spotkać się musiał. Z drugiej strony; od czego zacząć, jeśli nie od kanonu?
Pierwowzorem serii była manga autorstwa Masamune Shirow. Pierwsza publikacja, która ukazała się w 1989 roku okazała się początkiem dzieła, które praktycznie zdefiniowało cyberpunk. Abstrahując już nawet od kolejnych części, seriali czy filmów Ghost in the Shell inspirowali się twórcy między innymi Matrixa czy Pi.
Co więc składa się na uniwersum GitS?
Podstawą są mangi; Ghost in the Shell (1991), Ghost in the Shell 2: Manmachine Interface (2002), Ghost in the Shell 1.5: Human-Error Processor (2003).
Pierwszą adaptacją komiksu był film w reżyserii Mamoru Oshii; Ghost in the Shell (1995).
O filmach przypomniano sobie przy okazji początku nowego tysiąclecia i kolejnych części mangi. W 2004 roku nakręcono Ghost in the Shell 2: Innocence, w 2006 Ghost in the Shell: Solid State Society, w 2007 wydano Ghost in the Shell: Laughing oraz Ghost in the Shell: Individual Eleven (będące filmowym streszczeniem seriali). Na sam koniec w 2008 roku wydano Ghost in the Shell 2.0, będący odnowioną wersją pierwszej części filmu.
Całość uzupełniają seriale. Ghost in the Shell: Stand Alone Complex (2002) oraz Ghost in the Shell: Stand Alone Complex 2nd GIG (2004).
Poziom produkcji jest bardzo różny. Z góry zaznaczam, iż nie miałem okazji czytać mangi, więc jej oceniać nie będę. Większość filmów oraz oba seriale są z kolei całkiem przyjemnym, furutystycznym kinem akcji, pozbawionym jednak głębszych przemyśleń (lub, jak w przypadku Solid State Society, wciśniętych na siłę i nieco bełkotliwych). Osobom uczulonym na japońską specyfikę zdecydowanie odradzam szczególnie seriale - brak tu może super mocy i ciosów niszczących kilka ścian na raz, niemniej pewne elementy kłują w oczy. Najbardziej rażące są chyba Tachikomy, czyli inteligentne, anatomiczne czołgi przypominające wielkie pająki, mówiące zdziecinniałymi, piskliwymi głosikami i zachowujące się jak coś pomiędzy rozpieszczonym trzylatkiem a ulubionym pupilkiem rodziny. Jeśli jednak lubisz anime, serię można obejrzeć jako uzupełnienie, powiedzmy, "dzieła właściwego".
Dzieło właściwe to z kolei dwa filmy; Ghost in the Shell oraz Ghost in the Shell 2: Innocence. Nie będę zagłębiał się w szczegóły fabuły czy recenzował grafiki; jest tego w sieci sporo, ponadto zdecydowanie polecam wyrobienie sobie własnej opinii. Zamiast tego postaram się chociaż symbolicznie naszkicować problematykę, jaką anime porusza.
[UWAGA! Ponieważ nie da się właściwie analizować dzieła nie odnosząc się do jego treści, dalszą część lektury polecam dopiero po seansie. Zawiera spoilery.]
Zasadniczo oba filmy oscylują wokół relacji człowieka z zaawansowaną technologią, niemniej robią to na inny sposób.
Pierwszy film uderza przede wszystkim w naszą osobowość; samoświadomość, jaźń, duszę. Z jednej strony mamy główną bohaterkę, której zarówno ciało jak i wspomnienia należą do państwa. Ona jako ona to jedynie tytułowa dusza (ghost = duch = dusza), w której istnienie jednak sama powątpiewa. Pada tu zatem jedno bardzo istotne pytanie; czym jest właściwie moje "ja"? Jak wyjaśnić to inaczej niż po prostu; ja to ja? Czy ja w innym ciele to wciąż będę ja? Czy ja bez wspomnień to wciąż będę ja?
Wspólnie z major Kusanagi wędrujemy krętym labiryntem do samego rdzenia ludzkiego ego, po drodze mierząc się z przeciwnikiem z drugiej strony barykady; umysłem bez ciała, programem, który wyewoluował w duszę. Co prawda żadna odpowiedź nie pada, ale można przypuszczać, że podsumowaniem tego wszystkiego jest; nie ma żadnego ja. Umysł, świadomość, jest jedynie zbiorem różnych zmiennych. Zależnie od okoliczności które nas kształtują, zmienić się może cała osobowość... Jednym słowem nie ma w nas niczego stałego, niezmiennego. Dusza nie istnieje.
To chyba największy z lęków człowieka, ostateczny powód sukcesu wszelkich religii. Chcę być, nie tylko egzystować. Jeśli ludzką mentalność przy użyciu odpowiednich środków można w dowolny sposób zmienić (jak na przykład wszczepiając wspomnienia), to musi nasunąć się stwierdzenie; człowiek jako samoświadoma jednostka tak naprawdę nie istnieje, nie różni się niczym od programu modyfikowanego w dowolny sposób czy od tresowanego zwierzęcia.
Film drugi analizuje bardziej nasze ciało. Jeśli umysł w cybermózgu może dowolnie się przemieszczać, to czym właściwie jest nasze ciało? Maszyną? Lalką? Skorupą? Gdzie jest granica za którą człowiek przestaje być człowiekiem? Już dzisiaj ingerujemy w biologiczne możliwości naszych organizmów - wzmacniamy uszkodzone stawy czy montujemy rozruszniki serca. Idąc dalej - jeśli byłaby możliwa wymiana wadliwego organu na zupełnie nowy, mechaniczny, to czy to sprawi, że przestaniemy być ludźmi? Jeśli nie, to może wtedy, gdy całe ciało zmienimy na mechanizm? A jeśli ów mechanizm przestanie mieć fizyczną formę człowieka, będzie na przykład stacją kosmiczną czy samochodem? Więc czym wtedy będziemy?
Zamykając koło; skoro ciało jest zmienne i nie definiuje nas jako ludzi, zaś umysł jest jedynie wypadkową wielu różnych czynników, to czym my właściwie jesteśmy? Zmarszczką na tafli wody? Losowym fraktalem szronu na oknie? Czy nawet nie tym, a chaotyczną, bezładną mieszaniną płynów ustrojowych, hormonów i doświadczeń?
W takiej sytuacji pierwszy lepszy samouczący się algorytm jest tym samym, czym jesteśmy my.