niedziela, 29 kwietnia 2012

Proroctwo.

Nie, nie, ja na proroka nie aspiruję. Chociaż...

Tak przy okazji innych tematów warto zadać sobie pytanie; czy prezentowana wizja przyszłości ma rację bytu? Filmy, książki, komiksy... To wszystko bardzo ciekawe, oryginalne (no OK, może czasem mniej, ale nie w tym rzecz), ale czy tak może być? Przecież to fikcja. Wymysł autorów, którzy wszak nie mają podstaw by wiedzieć, co będzie za lat 50 czy 100.

Ale przejdźcie się po ulicy. Albo spotkajcie ze znajomymi. Cokolwiek. Zapytajcie, czego właściwie oczekują po przyszłości; tej średnioodległej. Co ciekawe z jednej strony większość z nas widzi przyszłość własną dość kolorowo i wesoło; ot dobre studia/szkoła, ciekawa praca, kochająca rodzina i wakacje na Majorce. Co prawda nasza narodowa mentalność sprawia, że zapytani będziemy marudzić, że po studiach nie ma pracy, młodzi ludzie muszą wyjeżdżać... Ale gdzieś w środku drzemie głęboko zakorzeniona wiara, że przecież będzie dobrze.

Z drugiej strony natomiast przyszłość tą ogólnoświatową postrzegamy raczej negatywnie. Bo przecież będą kolejne ataki terrorystyczne, prawda? W kraju będzie coraz gorzej, czyż nie? Kryzys ekonomiczny tak łatwo się nie skończy. Europejska gospodarka padnie pod naporem chińskiej tandety, USA rozsypie się ostatecznie, rząd będzie coraz bardziej ograniczał prawa i wyzyskiwał obywateli, wielkie firmy będą miały coraz większą władzę. Dla tych bardziej skrajnych; Rosjanie na pewno nas podbiją, polskość upadnie, bla, bla, bla...

Skąd bierze się takie rozbicie? To, dlaczego wierzymy, że dla nas wszystko się ułoży, jest dość oczywiste - bez myślenia życzeniowego, typowego dla ludzkiej psychiki, nie bylibyśmy w stanie funkcjonować. Musimy wierzyć, nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi, że cały wszechświat został zbudowany właśnie w taki sposób, by nam nic specjalnie złego się nie stało.

Wiara w czarną i mroczną przyszłość jest z kolei wynikiem doświadczeń i kultury. Z jednej strony faktycznie, jest coraz gorzej. Każdy system musi prędzej czy później paść, a te 1 500 mniej więcej lat naszej cywilizacji to wystarczająco długo. Coraz więcej zjawisk ekonomicznych i społecznych zapowiada coraz większe problemy. W filmach czy książkach z kolei świat przedstawiony musi być interesujący. W różowej, wesołej przyszłości, gdzie wszyscy są szczęśliwi i nie mają problemów nie byłoby właściwie o czym opowiadać. Dlatego też biedne maszyny muszą po raz tysięczny przejmować władzę nad światem, a wielkie korporacje muszą spiskować w tajnych laboratoriach nawet jeśli przodują w produkcji papieru toaletowego. Jest to coś zakorzenionego w naszym umyśle równie głęboko, co lęk przed ciemnością czy skłonność do ucieczki na widok wielkiego, zębatego, głodnego zwierza. Już w 1949 roku Orwell wydawał swój "Rok 1984". Ba, jak się chwilę zastanowić, to biblijna Apokalipsa św. Jana nie jest niczym więcej jak kolejną wizją złej przyszłości, w której ludzkości przyszło odpokutować za swoje grzechy. Podejrzewam, że tego typu historie towarzyszą człowiekowi od zawsze.

Więc gdzie tkwi haczyk? W psychologii i socjologii istnieje takie pojęcie, jak samospełniające się proroctwo. Polega to na tym, że dana osoba lub społeczność spodziewając się jakiegoś działania będzie podświadomie zachowywać się w taki sposób, by proroctwo się wypełniło.

Przykładowo; nauczyciel wierząc, że jakieś dzieci w klasie są mądrzejsze, będzie dawał im bardziej wymagające zadania i mniej będzie im pomagał, skupiając się na dzieciach w jego opinii mniej inteligentnych. W rezultacie te inteligentniejsze dzieci postawione pod murem faktycznie staną się bystrzejsze - nie będą miały wyboru.

Analogicznie; jeśli wszyscy wierzymy, że politycy to złodzieje i kłamcy, automatycznie najczęściej kandydować na stanowiska publiczne będą właśnie tacy ludzie, my z kolei będziemy głosować na tych, którzy pasują nam do wysokiego stanowiska - czyli na złodziei i kłamców.

Takich przykładów można mnożyć. Oczywiście nic nie jest tak proste. Na każde wydarzenie składają się dziesiątki różnych czynników i nie można tak po prostu wskazać palcem na jedną zmienną krzycząc; "To właśnie o to chodzi! Zmieńmy to, a świat będzie piękny!". Mimo wszystko samospełniające się proroctwo jest zjawiskiem, którego wpływu na naszą rzeczywistość nie można zignorować.

Warto zauważyć, że im bardziej nasza kultura na nas oddziałuje, tym silniejszy jest ten efekt. Przede wszystkim teraz mamy bezpośredni dostęp do niemalże całego dorobku artystycznego ludzkości. Możemy ściągnąć dowolny film czy książkę, przesłuchać dowolnej płyty. Ba, ile razy słuchaliśmy utworu na YouTube czy gdziekolwiek indziej, który nie tylko pochodził z dolnego Zimbabwe, ale jeszcze nigdy nie został wydany na jakimkolwiek trwałym nośniku przez jakiekolwiek wydawnictwo!

W efekcie wiara w to, że będzie coraz gorzej jest nie tylko coraz silniejsza, ale coraz bardziej sprecyzowana. Jeśli 90% globalnego społeczeństwa wierzy w mniej więcej tą samą wizję przyszłości, czy może się ona nie spełnić?

sobota, 28 kwietnia 2012

Kanon.

Ja wiem, że wtórnie. Chyba każdy, kto chociaż troszeczkę interesuje się tego typu tematyką z tytułem Ghost in the Shell spotkać się musiał. Z drugiej strony; od czego zacząć, jeśli nie od kanonu?

Pierwowzorem serii była manga autorstwa Masamune Shirow. Pierwsza publikacja, która ukazała się w 1989 roku okazała się początkiem dzieła, które praktycznie zdefiniowało cyberpunk. Abstrahując już nawet od kolejnych części, seriali czy filmów Ghost in the Shell inspirowali się twórcy między innymi Matrixa czy Pi.

Co więc składa się na uniwersum GitS?
Podstawą są mangi; Ghost in the Shell (1991), Ghost in the Shell 2: Manmachine Interface (2002), Ghost in the Shell 1.5: Human-Error Processor (2003).
Pierwszą adaptacją komiksu był film w reżyserii Mamoru Oshii; Ghost in the Shell (1995).

O filmach przypomniano sobie przy okazji początku nowego tysiąclecia i kolejnych części mangi. W 2004 roku nakręcono Ghost in the Shell 2: Innocence, w 2006 Ghost in the Shell: Solid State Society, w 2007 wydano Ghost in the Shell: Laughing oraz Ghost in the Shell: Individual Eleven (będące filmowym streszczeniem seriali). Na sam koniec w 2008 roku wydano Ghost in the Shell 2.0, będący odnowioną wersją pierwszej części filmu.

Całość uzupełniają seriale. Ghost in the Shell: Stand Alone Complex (2002) oraz Ghost in the Shell: Stand Alone Complex 2nd GIG (2004).



Poziom produkcji jest bardzo różny. Z góry zaznaczam, iż nie miałem okazji czytać mangi, więc jej oceniać nie będę. Większość filmów oraz oba seriale są z kolei całkiem przyjemnym, furutystycznym kinem akcji, pozbawionym jednak głębszych przemyśleń (lub, jak w przypadku Solid State Society, wciśniętych na siłę i nieco bełkotliwych). Osobom uczulonym na japońską specyfikę zdecydowanie odradzam szczególnie seriale - brak tu może super mocy i ciosów niszczących kilka ścian na raz, niemniej pewne elementy kłują w oczy. Najbardziej rażące są chyba Tachikomy, czyli inteligentne, anatomiczne czołgi przypominające wielkie pająki, mówiące zdziecinniałymi, piskliwymi głosikami i zachowujące się jak coś pomiędzy rozpieszczonym trzylatkiem a ulubionym pupilkiem rodziny. Jeśli jednak lubisz anime, serię można obejrzeć jako uzupełnienie, powiedzmy, "dzieła właściwego".

Dzieło właściwe to z kolei dwa filmy; Ghost in the Shell oraz Ghost in the Shell 2: Innocence. Nie będę zagłębiał się w szczegóły fabuły czy recenzował grafiki; jest tego w sieci sporo, ponadto zdecydowanie polecam wyrobienie sobie własnej opinii. Zamiast tego postaram się chociaż symbolicznie naszkicować problematykę, jaką anime porusza.



[UWAGA! Ponieważ nie da się właściwie analizować dzieła nie odnosząc się do jego treści, dalszą część lektury polecam dopiero po seansie. Zawiera spoilery.]

Zasadniczo oba filmy oscylują wokół relacji człowieka z zaawansowaną technologią, niemniej robią to na inny sposób.

Pierwszy film uderza przede wszystkim w naszą osobowość; samoświadomość, jaźń, duszę. Z jednej strony mamy główną bohaterkę, której zarówno ciało jak i wspomnienia należą do państwa. Ona jako ona to jedynie tytułowa dusza (ghost = duch = dusza), w której istnienie jednak sama powątpiewa. Pada tu zatem jedno bardzo istotne pytanie; czym jest właściwie moje "ja"? Jak wyjaśnić to inaczej niż po prostu; ja to ja? Czy ja w innym ciele to wciąż będę ja? Czy ja bez wspomnień to wciąż będę ja?

Wspólnie z major Kusanagi wędrujemy krętym labiryntem do samego rdzenia ludzkiego ego, po drodze mierząc się z przeciwnikiem z drugiej strony barykady; umysłem bez ciała, programem, który wyewoluował w duszę. Co prawda żadna odpowiedź nie pada, ale można przypuszczać, że podsumowaniem tego wszystkiego jest; nie ma żadnego ja. Umysł, świadomość, jest jedynie zbiorem różnych zmiennych. Zależnie od okoliczności które nas kształtują, zmienić się może cała osobowość... Jednym słowem nie ma w nas niczego stałego, niezmiennego. Dusza nie istnieje.

To chyba największy z lęków człowieka, ostateczny powód sukcesu wszelkich religii. Chcę być, nie tylko egzystować. Jeśli ludzką mentalność przy użyciu odpowiednich środków można w dowolny sposób zmienić (jak na przykład wszczepiając wspomnienia), to musi nasunąć się stwierdzenie; człowiek jako samoświadoma jednostka tak naprawdę nie istnieje, nie różni się niczym od programu modyfikowanego w dowolny sposób czy od tresowanego zwierzęcia.

Film drugi analizuje bardziej nasze ciało. Jeśli umysł w cybermózgu może dowolnie się przemieszczać, to czym właściwie jest nasze ciało? Maszyną? Lalką? Skorupą? Gdzie jest granica za którą człowiek przestaje być człowiekiem? Już dzisiaj ingerujemy w biologiczne możliwości naszych organizmów - wzmacniamy uszkodzone stawy czy montujemy rozruszniki serca. Idąc dalej - jeśli byłaby możliwa wymiana wadliwego organu na zupełnie nowy, mechaniczny, to czy to sprawi, że przestaniemy być ludźmi? Jeśli nie, to może wtedy, gdy całe ciało zmienimy na mechanizm? A jeśli ów mechanizm przestanie mieć fizyczną formę człowieka, będzie na przykład stacją kosmiczną czy samochodem? Więc czym wtedy będziemy?

Zamykając koło; skoro ciało jest zmienne i nie definiuje nas jako ludzi, zaś umysł jest jedynie wypadkową wielu różnych czynników, to czym my właściwie jesteśmy? Zmarszczką na tafli wody? Losowym fraktalem szronu na oknie? Czy nawet nie tym, a chaotyczną, bezładną mieszaniną płynów ustrojowych, hormonów i doświadczeń?

W takiej sytuacji pierwszy lepszy samouczący się algorytm jest tym samym, czym jesteśmy my.



piątek, 27 kwietnia 2012

LogIn.

Długo zastanawiałem się nad nazwą. Głównie dlatego, że wszystkie, na które miałem pomysł były zajęte... Cóż, coraz ciężej znaleźć nośny tytuł, na który nikt jeszcze nie wpadł.

Przedrostka "cyber-" nie muszę chyba nikomu specjalnie przedstawiać. Jeśli ktoś ma problem z odpowiednią konotacją terminu, wystarczy rzucić parę słów; cyberprzestrzeń, cyberspołeczeństwo, cyberego.

Psychotyczność z kolei oznacza specyficzny typ osobowości. Jego cechy to między innymi agresja, chłód emocjonalny, egocentryzm, impulsywność, aspołeczność czy brak empatii.

No i pięknie. Teraz może jeszcze postaram się naświetlić, o co mi właściwie chodziło.

Ostatnim kamieniem milowym w rozwoju człowieka była rewolucja przemysłowa. De facto było ich kilka, ale ta najważniejsza to ta z wieku XIX i początku XX. Stosunkowo niedawno. W tym czasie stworzono silniki parowe i spalinowe, dynamit, telefon, nauczono się wykorzystywać na szeroką skalę elektryczność. Oczywiście pociągnęło to za sobą zmiany społeczne; powstały nowe okręgi przemysłowe, nazywane wtedy technopoliami, narodził się proletariat, zmiana mentalności pociągnęła za sobą narodziny kilku mniej czy bardziej trafionych ideologii. Powstał współczesny świat, jakim znamy go dzisiaj.

Coś podobnego zaczyna powoli dziać się i teraz. Dzisiaj to już nie rewolucja industrialna, ale jej potomkini; rewolucja cybernetyczna. Zmienia się nasz sposób myślenia, zmieniają się możliwości i priorytety. Internet przestaje być tylko bajerem, jakim był w swoich początkach, czy też kolejnym medium, jakim był do niedawna. Staje się alternatywną rzeczywistością, odrębnym światem. Silniejszym najwyraźniej, bo zaczyna powoli oddziaływać i wpływać na naszą rzeczywistość. Wystarczy spojrzeć na "Arabską Wiosnę Ludów" czy sławną niedawno akcję z ACTA.

To wszystko ma swoje odbicie w kulturze. Oczywiście nie tej masowej, popularnej. Tym, czemu warto się przyjrzeć, jest kontrkultura. Gatunki muzyczne takie jak dubstep, drum'n'bass, industrial, cybergotyk. Cyberpunkowe filmy, książki, komiksy... To wszystko jest wyrazem pewnych lęków i nadziei. Bo wszyscy czujemy gdzieś pod skórą, że nadchodzi nowe. Nowe, które zmieni wszystko w sposób dzisiaj zapewne niewyobrażalny. Obawy są uzasadnione; ostatnia wielka zmiana pochłonęła i wciąż pochłania życie milionów.

Przy tych wszystkich zmianach zmienia się również psychika jednostki. Musimy dostosować się do tego nowego świata. Im bardziej zmieniamy się jednak, by się dopasować, tym bardziej zmieniamy naszą rzeczywistość. Nowa rzeczywistość z kolei wymusza na nas kolejne zmiany... Ciężko w tej chwili przewidzieć, gdzie to wszystko się skończy.

Te zmiany nie pozostają jednak bez echa. Wielu z nas jest zagubionych, wielu nie nadąża. Stąd coraz powszechniejsze zaburzenia psychiczne; nerwice, neurozy, psychozy, paranoje, gdzieś po drodze uzależnienia od narkotyków, alkoholu, postępujący dekadentyzm i degradacja. Jakoś trzeba odreagować, a jeśli nie potrafisz odreagować, to i tak prędzej czy później przyjdzie Ci za to zapłacić. Ludzie, którzy czują, że coraz bardziej odstają, najczęściej leczą swoją frustrację jeśli nie używkami, to agresją, przemocą czy seksem. Gdzieś w tym całym mentalnym kotle kształtuje się psyche homo novum.

Na tyle, na ile to możliwe, postaram się wyszukiwać i analizować te coraz silniejsze zalążki Społeczeństwa 2.0.