poniedziałek, 7 maja 2012

Otwarty znaczy zły?

Miała być dzisiaj recenzja pewnego zespołu, który niedawno odkopałem, ale wciąż czekam na odpowiedź na maila. Tak więc przerwy nie będzie, dalej w branży IT dłubiemy... Mam nadzieję, że już niedługo, bo sam też zmiany tematyki potrzebuję :)

Części z Was zapewne termin Open Source jest znany. Większość kojarzy go z darmowymi wersjami płatnych programów, ale nie jest to do końca prawda. Żeby program był Open Source, musi spełniać następujące warunki (ŹRÓDŁO);

  1. Swobodna redystrybucja: oprogramowanie może być swobodnie przekazywane lub sprzedawane.
  2. Kod źródłowy: musi być dołączony lub dostępny do pobrania.
  3. Programy pochodne: musi być dozwolona redystrybucja modyfikacji.
  4. Integralność autorskiego kodu źródłowego: licencje mogą wymagać, aby modyfikacje były redystrybuowane jedynie jako patche.
  5. Niedyskryminowanie osób i grup: nikt nie może zostać wykluczony.
  6. Niedyskryminowanie obszarów zastosowań: nie wolno wykluczać komercyjnych zastosowań.
  7. Dystrybucja licencji: prawa dołączone do oprogramowania muszą się odnosić do wszystkich odbiorców programu, bez konieczności wykonywania przez nich dodatkowej licencji.
  8. Licencja nie może być specyficzna dla produktu: program nie może być licencjonowany tylko jako część szerszej dystrybucji.
  9. Licencja nie może ograniczać innego oprogramowania: licencja nie może wymagać, aby inne dystrybuowane z pakietem oprogramowanie było typu Open Source.
  10. Licencja musi być technicznie neutralna: nie może pociągać za sobą zastrzeżeń dotyczących konkretnego rozwiązania technologicznego, stylu lub interfejsu.

Jak więc widać powyżej Otwarte Oprogramowanie niekoniecznie musi być darmowe. Zazwyczaj jednak tak jest, Open Source dość mocno łączy się z inną doktryną Wolnego Oprogramowania. Wolne, czyli (ŹRÓDŁO);
  • wolność uruchamiania programu, w dowolnym celu (wolność 0)
  • wolność analizowania, jak program działa, i dostosowywania go do swoich potrzeb (wolność 1)
  • wolność rozpowszechniania kopii, byście mogli pomóc sąsiadom (wolność 2)
  • wolność udoskonalania programu i publicznego rozpowszechniania własnych ulepszeń, dzięki czemu może z nich skorzystać cała społeczność (wolność 3)

Cacy. Teraz może wyjaśnię o co w tym wszystkim chodzi. Jak w każdej bajce; na początku całe oprogramowanie było wolne. Programiści dzielili się kodami źródłowymi i nikt specjalnie nie przejmował się prawami własności. Potem jednak pojawił się Microsoft i gdzieś na początku lat 80-tych oprogramowanie zaczęło być zamknięte i tajne. W reakcji na to 27 września 1983 roku pan Richard Stallman ogłosił rozpoczęcie prac nad pierwszym całkowicie wolnym systemem operacyjnym; GNU. Związana jest z tym licencja GNU GPL. Dzięki tej licencji mamy między innymi Firefoxa, Linuxa (którego dalecy krewni to produkty Apple), GIMP'a i multum innych programów.

Nie podobało się to jednak Billowi Gatesowi. Cytując jego wypowiedź;
"Kto może pozwolić sobie na wykonanie profesjonalnej pracy za darmo? Jaki hobbysta może poświęcić trzy lata robocze na programowanie, odnajdowanie wszystkich błędów [Zdecydowanie wszystkie znalezione! Nawet ponumerowane! - przyp. Sivar], pisanie dokumentacji i rozpowszechnianie swojego produktu za darmo? Prawda jest taka, że nikt poza nami nie zainwestowałby tyle pieniędzy w oprogramowanie hobbystyczne. Napisaliśmy BASIC 6800, piszemy APL 8080 i APL 6800, ale nic nie zachęca nas do tego, by udostępnić je dla hobbystów. Szczerze mówiąc, to, co robicie, to kradzież."

I tak właśnie udostępnianie własnego programu stało się kradzieżą. Oczywiście to wszystko działo się lata temu i nie ma teraz większego znaczenia. Wolne Oprogramowanie oraz programy Open Source zdobywają coraz więcej zwolenników, wytyczają trendy i powoli przejmują pałeczkę.

Tyle tylko, że... Pamiętacie RIAA? Wspominałem o niej w ostatniej wypowiedzi, a'propos dysproporcji między wydatkami organizacji antypirackich, a zyskami, jakie przynoszą przemysłowi muzycznemu. Otóż RIAA ma nowy, ciekawy pomysł.

Właściwie za koncepcją lobbuje IIPA (International Intellectual Property Alliance), która zrzesza między innymi RIAA oraz MPAA. Chodzi z grubsza o to, że oprogramowanie otwarte i wolne ma zostać zdelegalizowane i uznane za piractwo. Argumentem za taką decyzją jest stwierdzenie, że tego typu licencje zmniejszają konkurencyjność tego na licencjach komercyjnych i z tego właśnie powodu "łamią szeroko pojętą własność intelektualną".

Co więcej, lobbyści żądają wpisania państw wykorzystujących technologię Open Source na listę tzw. "Special 301" zawierającą kraje zagrażające gospodarce Stanów Zjednoczonych, obejmowane różnego rodzaju sankcjami. Co ciekawe, w ten sposób na listę dostałyby się nie tylko Indonezja czy Brazylia, ale również... kraje Unii Europejskiej.

Oczywiście cały ten projekt jest skrajnie absurdalny i raczej - miejmy nadzieję - nie ma szans się przebić. Już abstrahując od faktu, że w ten sposób pisząc program i udostępniając jego źródło stałbym się automatycznie piratem komputerowym. Jak warto zauważyć, wolne i otwarte oprogramowanie było pierwsze. Zanim Microsoft stworzył swojego Windowsa od wielu lat na MIT tworzono i posługiwano się systemem Unix, który w prostej linii jest "tatą" Linuxa. Jeśli ktoś tu wpłynął na czyjąś konkurencję, to w drugą stronę. Proponuję zatem uznać wszystkich twórców oprogramowania zamkniętego piratami!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz