Zacznijmy może od podstaw. Kradzież jest zła. Podpisuję się pod tym w 100%. Również kradzież dóbr intelektualnych jest godna potępienia i powinna być karana.
Niemniej zgodnie z polskim prawem (art. 278) kradzież dobra intelektualnego ma miejsce wtedy, gdy pliki są pobierane w celu uzyskania korzyści majątkowej. Istnieje jeszcze coś takiego jak "utracona sprzedaż", niemniej jest to moim zdaniem termin bardzo nieprecyzyjny i mglisty.
Warto przytoczyć tutaj słowa Markusa Perssona, szerzej znanego jako Notch'a, twórcę wielokrotnie nagradzanej gry Minecraft i właściciela firmy Mojang AB;
"Piractwo to nie kradzież. Jeśli ukradniesz samochód, oryginał jest stracony. Jeśli skopiujesz grę, jest ich po prostu więcej na świecie. Nie ma czegoś takiego jak stracona sprzedaż. Czy negatywna recenzja oznacza to samo? A co z przesuniętą datą premiery?"
Bardzo zastanawiającą rzeczą jest fakt, iż pobieranie plików w żaden sposób nie zaszkodziło sprzedaży gry. Mimo bezpośrednich zachęt ze strony twórców do "kradzieży" ich dzieła program zbliża się do granicy 6 milionów sprzedanych egzemplarzy, bijąc kolejne rekordy popularności! Można zaryzykować stwierdzenie, że bez piractwa prawdopodobnie gra nigdy nie odniosłaby aż tak dużego sukcesu.
Również mimo nielegalnego pobierania filmów sprzedaż biletów nie maleje - co więcej rok 2011 był wręcz rekordowy pod tym względem. Podobnych przykładów można mnożyć...
Skoro najwyraźniej piractwo nie ma specjalnie negatywnego wpływu na sprzedaż, a wręcz czasem może ją napędzać, domniemane straty ponoszone przez korporacje stają się jeśli nie wątpliwe, to przynajmniej znacznie przerysowane. Natomiast straty ponoszone w imię walki z piractwem są pewne. Sama RIAA (Recording Industry Association of America; jedna z organizacji reprezentujących przemysł muzyczny) w ciągu trzech lat (2006-2008) wydała na same kancelarie prawnicze 64 miliony dolarów, dzięki czemu przemysł muzyczny odzyskał... 1,3 miliona.
Tak czy owak, jak wspomniałem wcześniej, kradzież wciąż pozostaje kradzieżą. Jeśli wezmę czyjąś piosenkę, podpiszę się pod nią i zacznę sprzedawać - będzie to kradzież. Jeśli wydam na własny rachunek grę znanego producenta i pójdę na bazar - również będzie to kradzież.
Współdzielenie plików to jednak przede wszystkim możliwość rozwoju kulturalnego. O ile filmów mniej obejrzałbym, gdyby nie piractwo? O ile mniej piosenek przesłuchałbym? Tak naprawdę ściąganie plików na własny użytek jest tym samym, co wypożyczenie filmu z wypożyczalni czy książki z biblioteki. JEDYNA różnica polega na nośniku - zamiast fizycznego jest cyfrowy. Ot, cała filozofia.
Niemniej to jest właśnie sedno sprawy. Na dobrą sprawę problem piractwa można by pewnie załagodzić wprowadzając nowe rozwiązania (przykładem może być choćby wykreowane przez Apple iTunes). Przystosować się mogą jednak nieliczni, a większość gigantów nie jest skora do zmian, skoro na obecnym systemie pasie się już tak długo. Postępująca digitalizacja kultury prędzej czy później doprowadzi do śmierci wydawnictw. Zakupy online bezpośrednio u artysty będą znacznie tańsze; jak nie patrzeć wydawnictwa pochłaniają obecnie około 80% zysków ze sprzedaży. Ponadto samym twórcom coraz częściej wygodniej, taniej i skuteczniej jest promować się w sieci.
Zachowanie obecnego stanu rzeczy jest na rękę również rządom - w imię walki z piractwem mogą usprawiedliwiać działania w innych okolicznościach budzące zdecydowany sprzeciw opinii publicznej. Nie zawsze uchodzi im to na sucho oczywiście (patrz ACTA), ale niejednokrotnie dyskusja publiczna umiera wobec argumentu "Chronicie złodziei!". Przykładem może być podatek od możliwości piractwa wliczony w cenę dóbr takich jak twarde dyski, aparaty cyfrowe, drukarki, papier, płyty... Swoją drogą skoro wszyscy płacimy ów podatek (nawet, jeśli na płytę zamierzamy nagrać swoje zdjęcia z wakacji!), to dlaczego wciąż mamy być za piractwo karani?
Podsumowując; istna III Wojna Światowa wytoczona przeciw piratom jest nie tyle próbą dochodzenia sprawiedliwości, co zwyczajnym skutkiem przekształcenia paradygmatu. Te nowości, które wiążą się z utratą przywilejów, są sukcesywnie negowane. Nie oszukujmy się jednak; każda akcja powoduje reakcję, a zmiany są nieuniknione. Pytanie nie brzmi czy? tylko kiedy?
Bardzo cieszę się, że znów piszesz S. Jest to lepsze od tego co było wcześniej, wyraźnie dojrzalsze, takie już pełne i mniej egocentryczne (bez nacechowania pejoratywnego). Czytam uważnie. V.
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo i cieszę się, że zainteresowałem.
UsuńPozdrawiam;
S.